Są za blisko piekielnie groźne. Chwytają zębami krat w mojej klatce, która z resztą jest za mała, by mnie pomieścić. Bez względu na wszystko staram się unikać ich ostrych kłów. Nie udaje mi się.
Drzwi się otwierają. Nie mam pojęcia czemu, przecież byłam jedynym psem na tej drodze. Facet sięga wgłąb maszyny i zaczepia klatkę o hak, by się nie ślizgała pod innymi. Ciągnie z uporem maniaka za kij, który dobrze już poznałam.
Ja pierdolę.
Na nic więcej mnie w tej chwili nie stać.
Człowiek wpycha Lethal'a do klatki pode mną. Ten warczy i obnaża kły, drapie gościa w klatkę piersiową. Nic z tego. Rezygnuje, kiedy - jak mniemam - sznur zaciska się za mocno. Szybko odczepia kij i zamyka klatkę. Drzwi ponownie się zamykają, a my zostajemy spowici mrokiem.
Nie odzywam się. Nadal jestem sparaliżowana tym, że tu jest.
Nawet ociekające na moją głowę błoto z jego łap nie jest w stanie wytrącić mnie z tej melancholii.
Silnik odpala, auto rusza ze zgrzytem żwiru. Klatka Lethala odczepia się z haku i klatka swawolnie przemieszcza się wraz ze swoim lokatorem nad nami.
Lethal wierci się w niej, przez co jeszcze bardziej ode mnie oddala. Kiedy więc wraca na swoje dawne miejsce, szybko wkręcam łapę pomiędzy pręty i blokuję dalszy rejs po autokarze.
Zapytał, czy mogłabym puścić, bo może mnie to boleć.
Tak, boli jak cholera, bo przecież muszę utrzymać jakieś pięćdziesiąt kilo żywej wagi dwoma pazurami.
Odpowiedziałam, że warto.
(Lethal? Tak dużo napisałam, wiem)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz