Spacerowałam po topiącym się śniegu. Zostało go już naprawdę niewiele a ziemia robiła się błotnista. Postanowiłam przejść się na wolne pole by trochę odpocząć. Po dojściu na wolne pole obserwowałam lekko zachmurzone niebo. Słońce świeciło przez co śnieg i lód topniał. Spoglądałam również na stado pasących się koni. Były to dzikie mustangi. Piękne według mnie konie. Po chwili za moimi plecami wyłonił się pies. Zaskoczona krzyknęłam niezbyt głośno a pies się zaśmiał.
-Psów się nie straszy.-powiedziałam i spojrzałam na psa. Był mieszańcem chyba Amstaffa.
-Jestem Joshua a ty?-podał na powitanie łapę. Uśmiechnęłam się wesoło i zamerdałam ogonem. Od razu poczułam w nim pokrewną duszę.
-Summer.-uśmiechnęłam się do psa.Wygląd mógł zmylić jednak od pierwszego słowa mu ufałam.
-Lato...-zamruczał pod nosem. Już któryś raz to słyszę. Chociaż lubię swoje imię nie lubię gdy się je tłumaczy.
-Oj tak...
Joshua?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz