-Zwariowałeś chłopcze? -nie wiedząc czemu, powiedziałam mu chłopcze, chociaż był młodszy najwyżej o rok, dwa. -Przepraszam, Valentino. Zwariowałeś?! Przecież jednym -za przeproszeniem- pierdnięciem mógł cię pozbawić życia!
Za chwilę pożałowałam słów. Zawstydziłam się lekko.
-Masz rację, mógł mnie pokonać.
-Tak to jest gdy się idzie na łatwiznę i nie chce się nawet łapy wyciągnąć po głupiego zająca! -skarciłam psa.
Wtedy on się zaczął wstydzić.
Wstałam i wyszłam na dwór, by zerwać liście świeżej mięty i przyrządzić maść, by jutro Valentino mógł zmienić opatrunek.
Niosłam w pysku kilka gałązek ziela. Wtem zobaczyłam, że Valentina nie ma w jaskini! Przeraziłam się! Przecież miał on świeże rany, w które mogło wdać się zakażenie, a w dodatku był osłabiony więc mógł zemdleć! Co za nierozsądny szczeniak!
Położyłam miętę na półce i zaczęłam węszyć.. choć nie musiałam. Dróżka krwi prowadząca od posłania do wejścia jaskini dała mi trop. Szłam, wręcz biegłam za nim, by zdążyć na czas i odnaleźć całego i zdrowego Valentina! Wtapiając się nosem w ziemię węszyłam za psem. Wkrótce już nic nie czułam, a śladu nie było. Podniosłam łeb. Rozejrzałam się i nagle krzyknęłam:
-Valentino!!!!
Pies leżał na ziemi nieprzytomny. Byłam zdruzgotana.
<Valentino? Wenaaaaa xD>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz