Kiedy wreszcie opanowałam głupawkę, pomogłam suczce wstać.
-Ale ta łosica uciekała! Aż się za nią kurzyło! - rzuciłam rozbawiona.
-No! Musimy robić to częściej.
-Robi się późno - powiedziałam, patrząc na wschodzący księżyc.
-Lepiej już wracajmy.
Pobiegłyśmy w kierunku naszych mieszkań, kiedy niebo zasnuły chmury. Zaczął padać śnieg. Porywisty wiatr targał nasze futra. Miałam już z czymś takim do czynienia. Raz. Więcej nie chcę.
-Zamieć! - krzyknęłam do Hope, ale wyjące podmuchy zagłuszyły moje wołanie - Burza śnieżna! - próbowałam znowu. Na nic. Gestem pokazałam przyjaciółce, żeby podążała za mną.
❄️❄️❄
Parłyśmy naprzód, mimo że wicher uporczywie chciał nam w tym przeszkodzić. Widoczność było bardzo mała, nic więc dziwnego, że już po chwili nie wiedziałyśmy gdzie jesteśmy. Błądziłyśmy w nieskończonej bieli.
-To na nic - powiedziała Borderka i usiadła na śniegu. Normalnie bym się nie poddała. Ale to nie były normalne okoliczności. Zgubiłyśmy się. Byłyśmy same, nic nie widziałyśmy. Tylko śnieg, śnieg i jeszcze raz śnieg. Podeszłam do przyjaciółki, przytulając się do niej. To dodało mi otuchy.
Nagle usłyszałyśmy dziwny dźwięk - ni to pisk, ni to skrzek. Tuż obok nas przechodził szary lis. Zwierzę pokręciło się trochę, po czym bez ostrzeżenia wyskoczyło w powietrze i wbiło się w śnieg. Puszysty ogon zniknął pod zaspą.
-Tam musi być nora! - krzyknęłam do Hope - Szybko!
Zbliżyłyśmy się do miejsca gdzie przed chwilą znajdował się lis.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz