Rozmowa się nie kleiła, a ja na gwałt szukałem jakiegoś tematu do rozmowy.
- Często tu przychodzisz? - spytałem, siadając obok niej.
- Zdarza się, że i często. - powiedziała, patrząc na konie. - Lubię je obserwować. W ogóle lubię konie.
- A nie pomyślałaś, żeby do nich podejść?
W głowie już miałem plan na dzisiejszy dzień.
- Podejść? Tak po prostu? - zdziwiła się.
- A co? No chyba nie będziesz do nich pełznąć. - zaśmiałem się i popchnąłem ją lekko w stronę kopytnych. - No idź! - udałem poirytowanego, ale mój uśmiech wskazywał na co innego.
Konie szybko zorientowały się, że nie mamy złych zamiarów. Trudno byłoby tego nie zauważyć - przecież żaden drapieżnik nie polowałby tak głośno i bezceremonialnie.
Przez długą chwilę nam się przyglądały, badając, co mają zrobić.
- A jak na nas zaszarżują? - szepnęła Summer.
Nie musiałem odpowiadać. Bowiem zza swojej matki wyszedł mały, chudy źrebak na patykowatych nóżkach. Nie był ciekawy - był zafascynowany! Podszedł do suczki i trącił chrapami jej nos, węsząc. Zaśmiała się, czym na chwilę wystraszyła konia.
Reszta straciła zainteresowanie i wróciła do przerwanych zajęć.
Nie powiem, z początku bałem się tych wielkich cielsk. Były z pięć razy większe od Summer, a co dopiero ode mnie! Jednak gdy żaden nie dał mi kopa zaufałem im na tyle, by przechodzić pod ich brzuchami.
Udało nam się zobaczyć źrebaka ssącego matkę. Usadowiliśmy się z Summer po obu stronach klaczy i patrzyliśmy na ściekające po jego brodzie mleko, które dopiero uczył się dobrze ssać.
- To takie słodkie... - suczka najwyraźniej się rozkleiła.
Nie mogłem powiedzieć, że to nie jest urocze. Gdybym skupił się na samym koniku i całym tym "cyklu życia", zgodziłbym się z nią. Ale widziałem gruby ogon, którym matka co rusz łajała małego i jego niezgrabne położenie, ponieważ stał pomiędzy jej nogami.
Nie wiem, ile spędziliśmy tam czasu. Podczas biegu zakańczającego nasz pobyt u mustangów strasznie się zmęczyłem, próbując dogonić suczkę. Pierwszy padłem na zmarzniętą trawę.
Summer stanęła nade mną, uśmiechnięta.
- Było super! - krzyknęła, układając się obok mnie. Chuchała mi prosto w pysk, ale nie sposób było się z nią nie zgodzić. - Dzięki, że mnie tu przyprowadziłeś.
- Ja? - uśmiechnąłem się do niej ciepło. - Ja ci to tylko zaproponowałem.
- No weź już przestań. - walnęła mnie łapą. - Nigdy sama bym tego nie zrobiła.
Jak zawsze przypomniał się w niewłaściwym momencie. Gdybym mógł, byłbym czerwony jak burak, ale Summer tylko się zaśmiała.
- Wiesz co, też jestem głodna. Choć, wracamy. - podniosła się.
Wysunąłem nogę i padła jak długa na mokrą trawę.
- Ej! - żachnęła się. - Co to miało być?
Zaczęła walić mnie łapami po brzuchu, a ja coraz głośniej się śmiałem. W pewnym momencie załapałem suczkę i pociągnąłem jej łapy. Upadła na mnie, wpatrując się tymi swoimi kolorowymi oczami.
W końcu się ocknąłem, pojmując tę ciszę. Żadne z nas już się nie śmiało. Obróciłem się, kładąc ją na ziemię.
Nagle usłyszeliśmy tętent kopyt. Konie galopowały co sił, na szczęście nie w naszym kierunku.
Uciekały od nas.
Spojrzałem w kierunku równoległym od ich ucieczki i aż mnie zamurowało.
Gapiła się na nas pantera śnieżna.
Nie, chwila. Było ich dwie.
- Summer. - szepnąłem najciszej jak mogłem.
Wstała powoli i zaczęliśmy się wycofywać. Przyniosło to jednak odwrotny skutek, bo zaczęły iść w naszym kierunku.
Summer?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz