Przez całą noc nie mogłem zasnąć. Myślałem o tej całej sforze. W końcu do czegoś na leżę, jestem z kimś powiązany. W pewnym sensie.
Nie moja strata, jeśli i tak nie mogłem zasnąć. Wybiegłem z jaskini. Nie spacerowałem. Nie był to też marsz. Nie wędrowałem ani nie truchtałem. To był bieg, szybki sprint. Uwielbiam biegać pośród drzew, ryzykując że mój refleks mnie kiedyś zawiedzie i walnę w pień.
Zaczął padać deszcz. Nie lubię być mokrym, choć mam krótką sierść. Skręciłem, mając nadzieję, że jest to najkrótsza droga powrotna.
Jakże się myliłem.
Deszcz lejący się z szarego nieba przyćmiewały zapachy, które poza tym przykrył śnieg. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem.
Nagle na coś wpadłem. Jak to możliwe? Przecież na mojej drodze nic nie stało.
Choć w tym też się pomyliłem.
Śnieg na drodze miał psi nos. I oczy, które teraz patrzyły na mnie pytająco.
- Przepraszam. - bąknąłem. - Nie widziałem cię.
- Jasne. No, bo przecież jestem kameleonem. - mruknęła, mierząc mnie wzrokiem od łap po uszy.
- Bo jesteś. - palnąłem. Głupku, przecież to był sarkazm.
Przełknąłem swą dumę niezaprzeczalnego samca i wypuściłem powietrze z płuc.
- Jak mogę wrócić na wzgórze?
Lucy?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz